to taka niezdobyta twierdza z kamienia. bloki ułożone naprzemiennie nie przepuszczają nawet wąskiego strumienia obcego światła. w środku zimno, pusto. błękitno. czasem tworzy się jakaś drobna szczelina, pęknięcie w tamie. wtedy też przychodzi moment żalu, moment niepożądany bardzo, bo i nieprzyjemny wielce. głowa odłącza się od ciała, które wyrusza w astralną podróż po bezkresach kosmosu wspomnień. serce, te zamrożone, kieruje - nawiguje ciałem. wytycza szlaki, które często prowadzą wśród odpadków, kłaczków historii. złogów i szorstkości. ocierając się o ciało, ranią, głęboko wbijając swoje kolce.
kolejny raz. kolejna dolanowska kreska. tylko, że u mnie jest na odwrót. ja Ciebie odtrąciłem. wiesz, ja już chyba sam nie wiem, co było przeszkodą. to znaczy na pewno główną przyczyną jestem Ja. moja osoba, moje kompleksy i moja świadomość, że to wszystko i tak miałoby swój rychły kres. tak, wiem, że robię źle. zabijam wszystko w zarodku. zabijam Ciebie, choć tak bardzo Cię pragnę.
ciągle i ciągle doszukuję się granic mojego społecznego nieprzystosowania. i wiesz co? ciągle ich nie osiągnąłem. ciągle siebie zaskakuję. ciągle robię krok więcej. ciągle zastanawiam się skąd ta perfidna radość? i ciągle nie umiem na to odpowiedzieć.
nie potrafię określić co czuję. raz jest dobrze. ale tak naprawdę. to praca mnie napędza. mój Cel jest w zasięgu mojej Ręki, robię wszystko, żeby Tam dotrzeć. a poczucie spełnienia to moje jedyne lekarstwo. tylko co jeśli nagle przestane odczuwać radość? boję się, że wszystko pieprznie tak jak zwykle. zapałkami rozniecę ogień, który mnie pochłonie. spalę się, wypalę. i znów będę musiał poszukiwać tego Spełnienia, tej rozkoszy duszy i ciała. tej jedności.
i boję się. tak strasznie, że to nie wypali, że to moja imaginacja podsunęła ten pomysł, bo prawda boli bardziej, prawda kłuje i nie pozwala iść dalej. i będę musiał zmierzyć się z prawdą.
pomiędzy nami było ciało. dwie przestrzenie zbite, kuliste, d u s z e , rozproszone bytem organicznym, przeźroczystym. splatamy się, niczym dwie strużki dymu, wnikam w Ciebie, głęboko. złączone ramiona, kropla słonej rosy na plecach. nierzeczywistość naszego istnienia, bytowania w tym śnie świadomym, pociąga i uspokaja. nie potrzebne słowa, myśli, wszystko staje się jawne. jedno ciało...............................................................................urywamy się w połowie.
piątek, 13 stycznia 2012
poniedziałek, 26 września 2011
HEAVY CROSS
tysiące grobów. tysiące bezimiennych mogił. tysiące prochów i ludzkich istnień brukanych naszymi stopami. a wokół las, który w jakiś dziwny sposób nie tętni, nie krzyczy życiem, jakby dla zachowania powagi miejsca i zbrodni ukrytej pod wyjałowioną glebą. najmniejsza ingerencja w ład tych wszechogarniających kamieni, sam dotyk ich - jest jak niewidzialna dłoń, szept w uchu, który swym (już) spokojnym głosem opowiada o cierpieniu, nienawiści i zaślepieniu ludzi. widzę twarze, których tak naprawdę nie ma, ale które stoją w niemym pochodzie po sprawiedliwośc. po pamięc.
najepszy sposób, żeby przegrac to wiedziec, że się musi wygrac.
sobota, 20 sierpnia 2011
JEDEN KROK
czuję jakiś niepokój. stoję dokładnie o krok od miejsca, na które czekałem przez całe życie. za tę jedną chwilę - widzę ją, zbliżającą się nieubłąganie, rosnącą w mych oczach z każdą sekundą - znajdę się w tym kłębowisku problemów i zmagań, w klatce własnych pragnień i marzeń, praktycznie bez możliwości cofnięcia. wygram tę walkę, albo polegnę, bo ja wiem. ja wiem, że jeśli to wszystko nie wypali, nie uda się, JA ne dam rady.. to wiem, że Ja pogrążę się w jakims totalnym chaosie i to będzie złe, bardzo złe. nauczyli mnie dążyc do celu, wygrywac, a nie pokazali mi jak się przegrywa, ja tego nie potrafię. im więcej mam do wygrania, tym porażka może byc większa.
zastanawia mnie jeszcze jedno, czy to co stawiam na końcu, jest rzeczywiście moim spełnieniem? może to takie wyjście awaryjne? a to co pragnę tak na prawdę siedzi głęboko w środku i się nie odzywa, żeby nie popsuc wielkich planów. ja już sam nie wiem czego chcę. na półmetku ogarniają mnie straszne wątpliwości.
ja już dawno zdecydowałem. przekładam to, co teraz nad to, co dopiero nastąpi. tylko czasem budzi się to pragnienie..
zastanawia mnie jeszcze jedno, czy to co stawiam na końcu, jest rzeczywiście moim spełnieniem? może to takie wyjście awaryjne? a to co pragnę tak na prawdę siedzi głęboko w środku i się nie odzywa, żeby nie popsuc wielkich planów. ja już sam nie wiem czego chcę. na półmetku ogarniają mnie straszne wątpliwości.
ja już dawno zdecydowałem. przekładam to, co teraz nad to, co dopiero nastąpi. tylko czasem budzi się to pragnienie..
niedziela, 7 sierpnia 2011
DROGA, CEL, SPEŁNIENIE
dziś mokry beton miał ten wyjątkowy zapach. zapach lata i dzieciństwa. trochę też tego co już przeżyte, ale w sercu zaszczepione. i tego co kiedyś było prostsze, albo po prostu tego nie było.
miss madonna, cocorosie.
to miało byc odkrycie samego siebie. podróż transcendentna. miałem dojśc tak daleko, że wszystko stało by się wreszcie czyste i prawdziwe. może nie do końca spełnione, ale w jakiś sposób pogodzone. i faktycznie byłem blisko, czułem to, czułem! były te chwile magiczne, gdzie moje jestestwo zatracało się, gdzie byłem tylko jakąs niewielką, nic nie znaczącą cząstką czegoś większego, nie do ogarnięcia. było bezkresne niebo, które falując białymi flagami przyciagało mój wzrok nie pozwalając uciec temu wrażeniu pierwotności.
dziś z tego wszystkiego zostały tylko ledwie dające się odczytac zapiski i niejasne wrażenie czegoś sięgającego poza dotychczasowe próby obcowania z naturą.
"pierwszy raz gubię swoje "ja" - na moment nic nie znaczę. niewygodne ciało nie uwiera, a umysł nie docieka. dlaczego ścigam niedoścignione, gdy Ta jedna chwila warta jest tak wiele?
ta Droga ma 2 końce, a ja stojąc na samym jej środku pragnę dotrzec do Celu - to absurd! tęsknię za czymś co ma byc moim Spełnieniem, za Celem, pomijając proces zdobywania, poznawania! a to właśnie samo dochodzenie daje nam to szczęscie z celu. cały trud jaki w to wkładamy daje nam właśnie owe poczucie Spełnienia już na samym końcu. dlatego nie jest ważne co wybiorę, ani nie jest ważne gdzie mnie to zastanie. ważne jest to jak przejdę drogę do Celu."
odkrywam na nowo Przyzwyczajenie. i już wiem, że dom to właśnie ta nuda, która czasem kole, to ten sam widok za oknem, który nigdy się nie zmienia. dom to również pewne gesty, obyczaje, zachowania. odkrywając na nowo swój Dom, odkrywam na nowo samego siebie, analizuję i kalkuluję, a każdy powrót przynosi mi coś nowego.
miss madonna, cocorosie.
to miało byc odkrycie samego siebie. podróż transcendentna. miałem dojśc tak daleko, że wszystko stało by się wreszcie czyste i prawdziwe. może nie do końca spełnione, ale w jakiś sposób pogodzone. i faktycznie byłem blisko, czułem to, czułem! były te chwile magiczne, gdzie moje jestestwo zatracało się, gdzie byłem tylko jakąs niewielką, nic nie znaczącą cząstką czegoś większego, nie do ogarnięcia. było bezkresne niebo, które falując białymi flagami przyciagało mój wzrok nie pozwalając uciec temu wrażeniu pierwotności.
dziś z tego wszystkiego zostały tylko ledwie dające się odczytac zapiski i niejasne wrażenie czegoś sięgającego poza dotychczasowe próby obcowania z naturą.
"pierwszy raz gubię swoje "ja" - na moment nic nie znaczę. niewygodne ciało nie uwiera, a umysł nie docieka. dlaczego ścigam niedoścignione, gdy Ta jedna chwila warta jest tak wiele?
ta Droga ma 2 końce, a ja stojąc na samym jej środku pragnę dotrzec do Celu - to absurd! tęsknię za czymś co ma byc moim Spełnieniem, za Celem, pomijając proces zdobywania, poznawania! a to właśnie samo dochodzenie daje nam to szczęscie z celu. cały trud jaki w to wkładamy daje nam właśnie owe poczucie Spełnienia już na samym końcu. dlatego nie jest ważne co wybiorę, ani nie jest ważne gdzie mnie to zastanie. ważne jest to jak przejdę drogę do Celu."
odkrywam na nowo Przyzwyczajenie. i już wiem, że dom to właśnie ta nuda, która czasem kole, to ten sam widok za oknem, który nigdy się nie zmienia. dom to również pewne gesty, obyczaje, zachowania. odkrywając na nowo swój Dom, odkrywam na nowo samego siebie, analizuję i kalkuluję, a każdy powrót przynosi mi coś nowego.
poniedziałek, 30 maja 2011
CRYSTALISE
tam są jakieś podziały, przestrzeń rozbita, zagospodarowanie niewałaściwe. ja nie wiem, ale bariery mają dziury, tama pękła. bo nagle okazało się, że to coś w środku pulsuje i podryguje, kieyś zamrożone wciąż ma siłe, żeby walczy. ale co się dzieje? kolejny raz naiwnie odsłaniając nagą pierś dostaje sztyletami, zbyt głupi, żeby pamiętac jak potrafią byc dwulicowi i wciąż żywiąc się płonną nadzieją.
jóga live
gdy siedzimy, pomiędzy nami jest tafla szkła. wasz wzrok spełza po niej, oceniając wyblakłe kształy, kształty p i ę k n e , ale w środku zgniłe. ja zaś, patrząc z góry w oku wypisanen mam modlitwy i prośby, zbyt dla was wysokie, o niscy, mali ludzie, aby dostrzec to co na prawdę istotne.
nie wiem, może ja po prostu nie mam tej zdolności? może to jest tak, że ja się po prostu urodziłem ułomny o jedną składową umiejętności społecznych? fakt, to jest jakaś baza dla przyszłości, ale pocieszam się, bo wiem, że to co dla w a s nieistotne, dla mnie wielkie i ciągle jeszcze nieosiągalne, objawi mi się wkrótce w całej swej okazałości. i ja wiem, że to będzie to moje-moje-wieczyste-spełnienie, które wymarze te wszystkie zmagania z samym sobą, z w a m i , z całą tą nudną otoczką wspólnej koegzystencji. nie będzie już szmerania, niedomówień, pomówień i wyszukanych uśmieszków. wszystko będzie czyste i krystaliczne. i d e a l n e .
jóga live
gdy siedzimy, pomiędzy nami jest tafla szkła. wasz wzrok spełza po niej, oceniając wyblakłe kształy, kształty p i ę k n e , ale w środku zgniłe. ja zaś, patrząc z góry w oku wypisanen mam modlitwy i prośby, zbyt dla was wysokie, o niscy, mali ludzie, aby dostrzec to co na prawdę istotne.
nie wiem, może ja po prostu nie mam tej zdolności? może to jest tak, że ja się po prostu urodziłem ułomny o jedną składową umiejętności społecznych? fakt, to jest jakaś baza dla przyszłości, ale pocieszam się, bo wiem, że to co dla w a s nieistotne, dla mnie wielkie i ciągle jeszcze nieosiągalne, objawi mi się wkrótce w całej swej okazałości. i ja wiem, że to będzie to moje-moje-wieczyste-spełnienie, które wymarze te wszystkie zmagania z samym sobą, z w a m i , z całą tą nudną otoczką wspólnej koegzystencji. nie będzie już szmerania, niedomówień, pomówień i wyszukanych uśmieszków. wszystko będzie czyste i krystaliczne. i d e a l n e .
piątek, 27 maja 2011
czwartek, 12 maja 2011
TYŚ JEST MÓJ
ta gorąca linnia, gdy to co jasne zamienia się w czarne, nieprzeniknione. niebieskie powietrze, wszystko staje się niemalże błękitne. na granicy, bo jeszcze nie noc, ale już i nie dzień.
nie powiem kiedy to było, bo to był po prostu moment, jakieś zdarzenie. odczyn alergiczny na pewne zachowanie. ale stało się i od tamtego momentu, już uświadomiony, zacząłem roztaczac wokół siebie bariery i blokady, które miały mnie chronic przed niepotrzebnym bólem. pozorując cynizm i światopoglądową niezależnośc, tak na prawdę chroniłem samego siebie. to była poniekąd obrona, ale wiem, że byc może to mogło kogoś skrzywdzic.. może samego siebie broniąc, atakowałem innych. no i czy to nie wyklucza teorii o przypadkowości uczuc pięknych? jak mogłem pragnąc czegoś wielkiego, pięknego, na wskroś przyszpilającego, gdy na mojej duszy wyrosły stalowe kolce, a w oczach było to nieuchwytne coś, co już nie przypominało TEGO błysku. to było wyraźne ostrzeżenie. byłem strasznie zakłamany, chyba zgubiłem jakąs swoją prawdę, coś nie poszło tak, jak trzeba.
może ja po prostu tak mam spędzic swoje życie? może to jest to, co zostało mi dane i co ja równie dobrze mogę poniechac, ale jeśli wykorzystam poczuję się wreszcie niewysłowienie spełniony? tylko gdzie jest ta droga, którą mógłbym zrealizowac TO wielkie coś, co jeszcze niezrodzone czeka niecierpliwie na swoja chwile. czuję się jak nadmuchany balon, który ciągle rośnie i nad sobą widzi lazur nieba z każdą chwilą bardziej soczysty, głębszy i bliższy, ale jednocześnie wie, że następuje koniec, pęknięcie, wielkie BOOM. jak długo tak mam lewitowac zamrożony, na wpół uśpiony?
wiesz, tak czasem myślę, że może to nie ta jedna, jedyna chwila, którą MUSIMY wykorzystac wpływa na nasze Wielkie Szczęście. że to nawet nie jakieś fatum, zrządzenie losu. to może są po prostu bardzo organiczne, chemiczne cząsteczki, z których jesteśmy zbudowani? może po prostu ja odpowiadam Tobie, ty mi, ale nie dlatego, że gdzieś kiedyś sie spotkamy, tylko dlatego, że TY jesteś stworzony ZE mnie, JA z CIEBIE. tyś mój dym papierosowy, który swym zgubnym i niszczącym jestestwem sprawia u mnie niewtyłumaczalną rozkosz. tyś moje przeznaczenie kształtujące się tuż za klatką z żeber i pobrzękujące w złote pręty za każdym razem gdy wyczuwa Ciebie. i to jest tak, że my po prostu MUSIMY kiedyś się zetknąc, nieważne w jakiej chwili. może to będzie sekunda, setna, tysięczna tejże sekundy, ale ja i tak poczuję Twoją obecnośc. to będzie tak, jakby świat nagle zgasł, a potem odrodził się niepomiernie piękniejszy, doskonalszy, c z y s t s z y . i wiesz o co ja się modlę? nie o to, żebym Cię spotkał - ja wiem, że to nastąpi - ale o to, żeby nasze spotkanie trwało już na wieki.
wtorek, 3 maja 2011
BEZKRES
jak już mówiłem, są pewne momenty, które niewykorzystane odchodzą bezpowrotnie. to chwile magiczne, które wbrew pozorom niekoniecznie muszą się wiązac z ludźmi:
zamknąłem się w muzyce i z każdym kolejnym serca biciem oddalałem się od tego co tutaj, co namacalne. każdy szybszy oddech potęgował to niezwykłe uczucie zapomnienia, zatracenia. moją stałą było niebo, które widziałem jako strzępy błękitnej poświaty zza cytrynowych liści. gdy wjechałem na równinę, to tak, jakby coś się otworzyło i to coś było piękne, bo ja miałem to poczucie nieistnienia, zatraciłem się w szaleńczym biegu chmur, poczułem ten bezkres i ogrom: tak jakbym na chwilę oderwał się od ziemii.
poczułem to pierwszy raz w życiu. pierwszy raz poczułem w jednym momencie zachwyt, strach i w pewnym sensie rozpacz. pierwszy raz krajobraz wypełnił moje oczy, które utonęły w łzach.
uważam cię (mała litera jest zamierzona) za hipokrytę, mitomana i jednym słowem chuja. powinieneś o tym wiedziec. tylko czemu inni naiwni, biedni ludzie przeświadczeni o twoich nieskalanych intencjach tego nie widzą?! cieszę się, że wreszcie, po tylu latach tracisz kolejne osoby, które kiedyś miałeś czelnośc nazywac przyjaciółmi. dla ciebie ten termin nie istnieje, jesteś pasożytem, który żeruje na ludziach otumanionych, chwilowo oczarowanych; rzygam tobą.
mimo, że atmosfera powinna się oczyścic, czuję jakieś brudy między nami. coś jest nadal nie tak, splatamy się w gąszczu niewyjaśnień, niedpowiedzeń i niedomówień. twoje tak jest jak moje nie, bo dla ciebie to wszystko co innego oznacza. chciałbym czasme powiedziec ci o co mi chodzi.. ale ty wtedy znów źle mnie zrozumiesz, potraktujesz stereotypowo.
każdy ma swój wyrok i każdego ten wyrok doścignie. czekam na swój.
wtorek, 12 kwietnia 2011
GRANICE
udało się. przeszedłem dalej. chociaż wyzbyłem się tej chęci to nadzieje i tak zostały - i może to właśnie one mi pomogły? stałem na tej scenie wśród reflektorów i kilkudziesięciu par oczu wpatrzonych we mnie, z pewnym poczuciem celu, który dał mi tą chwilową, niezwykłą siłę. tylko, że ja nadal dostrzegam GRANICĘ. bo kiedy tak stoisz z poczuciem znaczenia (chwilowego, ale przepełniającego Cię szczęściem) wyczuwasz kiedy twoja dusza może się wreszcie oderwac od ciała, kiedy bedzie wolna od treści, tremy, lęków i tym podobnych. kiedy TY będziesz wreszcie wolny, artystycznie spełniony, a to co robisz nie będzie tylko pseudointelektualnym bełkotem, a czymś PRAWDZIWYM, co porywa serca. bardzo tak chciałbym, ale to jeszcze nie to.
Xaviera Dolana doznałem już kilka miesięcy temu. było to niesamowite doznanie. pierwszy jego film jaki obejrzałem - "Wyśnione Miłości" - totalnie mnie wkręcił. to było tak, jakby ktoś dał mi w głowę cegłą. podniosłem się, ale zacząłem patrzec z zupełnie innej perspektywy. te wyjątkowe sceny, emocje, jakie mi dostarczał.. to jest w i e l k i e . to jest szczere, właściwe, dotyka bardzo głęboko. i wtedy zacząłem mu zazdrościc. tego, ze ma naturalną zdolnośc i swobodę do wyrażania swoich marzeń i projektów, że sztuka, która nas zniewala i ogranicza nasze umysły (choc wcale nie powinna)- jemu daje prawdziwą wolnośc!
ostatnio bardzo często czuję się mało produktywny. zajmuję się jakimiś czczymi głupotami, bzdetami, ale to nie jest wielkie, nie jest obdarzone tym szczególnym, artystycznym spełnienim! nie widze dróg, choc one są. ja, nedzny poszukiwacz w oceanie własnych pragnień, gubię się i miotam.
przez długi czas nie wiedziałem jak się za to zabrac. planowałem tę rozmowę, powtarzałem kwestie, stawiałem sobie ostateczne granice, terminy.. i nic. nie miałem odwagi. kiedy jenak rozmowa zeszła na TEN temat, coś we mnie pękło. nie mogłem już dłużej okłamywac siebie i Jej. powiedziałem Jej prawdę. Efekty był taki, jakiego się spodziewałem, ale i tak zabolało. Poderzewam, że Ją bardziej. wiem, że muszę daj Jej czas, ale czy Jej podejście się kiedykolwiek zmeni? mam nadzieję. pozostaje jeszcze On.
Xaviera Dolana doznałem już kilka miesięcy temu. było to niesamowite doznanie. pierwszy jego film jaki obejrzałem - "Wyśnione Miłości" - totalnie mnie wkręcił. to było tak, jakby ktoś dał mi w głowę cegłą. podniosłem się, ale zacząłem patrzec z zupełnie innej perspektywy. te wyjątkowe sceny, emocje, jakie mi dostarczał.. to jest w i e l k i e . to jest szczere, właściwe, dotyka bardzo głęboko. i wtedy zacząłem mu zazdrościc. tego, ze ma naturalną zdolnośc i swobodę do wyrażania swoich marzeń i projektów, że sztuka, która nas zniewala i ogranicza nasze umysły (choc wcale nie powinna)- jemu daje prawdziwą wolnośc!
ostatnio bardzo często czuję się mało produktywny. zajmuję się jakimiś czczymi głupotami, bzdetami, ale to nie jest wielkie, nie jest obdarzone tym szczególnym, artystycznym spełnienim! nie widze dróg, choc one są. ja, nedzny poszukiwacz w oceanie własnych pragnień, gubię się i miotam.
przez długi czas nie wiedziałem jak się za to zabrac. planowałem tę rozmowę, powtarzałem kwestie, stawiałem sobie ostateczne granice, terminy.. i nic. nie miałem odwagi. kiedy jenak rozmowa zeszła na TEN temat, coś we mnie pękło. nie mogłem już dłużej okłamywac siebie i Jej. powiedziałem Jej prawdę. Efekty był taki, jakiego się spodziewałem, ale i tak zabolało. Poderzewam, że Ją bardziej. wiem, że muszę daj Jej czas, ale czy Jej podejście się kiedykolwiek zmeni? mam nadzieję. pozostaje jeszcze On.
czwartek, 3 marca 2011
TACY SAMI
obiecałem sobie, że nigdy nie będę taki jak ty. że nigdy nikogo nie wykorzystam, że będę stawiał sprawy jasno. a teraz rozumiemy się bardzo dobrze. chyba mógłbym podac ci rękę. czuję to co ty, chyba nawet myślę tak jak ty. tylko dlaczego muszą cierpiec na tym inne osoby? przeraża mnie to, bo ja nie chcę zadawac bólu.
głowa boli, serce krzyczy. nie można ich zagłuszyc, tylko, że czasem powstaje zgrzyt, spięcie bo oboje starają się przekrzyczyc i ja już wtedy nic totalnie nie rozumiem. rozkurwia mi to t r z e w i a . . .
hipokryzji szczyty zdobywam prawie jak wytrawny alpinista. a co jeśli moje pieprzenie o przeznaczeniu i wyjątkowości każdej okazji, o niewykorzystanych szansach.. jeśli to wszystko się sprawdzi? byc może właśnie tracę pewną częsc szczęścia. odbieram je sobie. na własne życzenie. przez co? przez co ja się pytam! przez moje obiekcje, strachy? a może przez opinie innych osób.. jakby one się kiedykolwiek dla mnie liczyły. to jest chore, zabijam w sobie coś pięknego, a przecież dobrze wiem, że gdybym pozwolił MU kiełkowac, to TO byłoby coś o czym zawsze marzyłem.
są pewne magiczne chwile, które poprzez odpowiednie haczyki wmocowane w nasze serce, zapadają nam w pamięc na wiecznośc. i kiedy przychodzi pewien moment, nazwijmy to momentem równowagi psychicznej chwilowo zaburzonej, te haczyki wyrywają się, szarpią naszym sercem powodując niekontrolowany wylew emocji i wspomnień! to właśnie wtedy, między innymi, pojawia się uczucie pustki i tęsknoty za tym co było, a co już nie wróci. bo chwile magiczne, to chwile, które egzystują tylko w naszym określonym momencie, są niepowtarzalne, dlatego utracone, albo niewykorzystane.. bolą podwójnie.
głowa boli, serce krzyczy. nie można ich zagłuszyc, tylko, że czasem powstaje zgrzyt, spięcie bo oboje starają się przekrzyczyc i ja już wtedy nic totalnie nie rozumiem. rozkurwia mi to t r z e w i a . . .
hipokryzji szczyty zdobywam prawie jak wytrawny alpinista. a co jeśli moje pieprzenie o przeznaczeniu i wyjątkowości każdej okazji, o niewykorzystanych szansach.. jeśli to wszystko się sprawdzi? byc może właśnie tracę pewną częsc szczęścia. odbieram je sobie. na własne życzenie. przez co? przez co ja się pytam! przez moje obiekcje, strachy? a może przez opinie innych osób.. jakby one się kiedykolwiek dla mnie liczyły. to jest chore, zabijam w sobie coś pięknego, a przecież dobrze wiem, że gdybym pozwolił MU kiełkowac, to TO byłoby coś o czym zawsze marzyłem.
są pewne magiczne chwile, które poprzez odpowiednie haczyki wmocowane w nasze serce, zapadają nam w pamięc na wiecznośc. i kiedy przychodzi pewien moment, nazwijmy to momentem równowagi psychicznej chwilowo zaburzonej, te haczyki wyrywają się, szarpią naszym sercem powodując niekontrolowany wylew emocji i wspomnień! to właśnie wtedy, między innymi, pojawia się uczucie pustki i tęsknoty za tym co było, a co już nie wróci. bo chwile magiczne, to chwile, które egzystują tylko w naszym określonym momencie, są niepowtarzalne, dlatego utracone, albo niewykorzystane.. bolą podwójnie.
czwartek, 10 lutego 2011
DRZAZGI
to jest, jak małe drzazgi
uwięzione w środku,
szarpiące paletą beznadziei.
patrzę za horyzont -
tego właściwego nie widac.
tam wzburzone słońce,
zlewa się z obojętności oceanem.
staram się stąpac po promieniach -
promieni nie widac.
zagubiony,
jak wyrwany z kontekstu:
jestem więźniem własnych pragnień.
każda próba jest łzą -
ja tonę w morzu.
nie jestem gruboskórny. nie powlekam się tłuszcem grubiaństwa. nie jestem prosty. dlatego w środku trwa ciągła wojna, a przez głowę przechodzi miliard koni, każdy niesie jedną nadzieję, ciężką, oleistą, ale chwilową, niezdolną wykarmic przyszłośc.
już się nauczyłem, człowiek szczyśliwy, to ten, który jest w zgodzie z samym sobą, który każdy pieprzony dzień traktuje, jak wyjątek od reguły. robi to co kocha, kocha to co ma. nie jestem szczęśliwy.
uwięzione w środku,
szarpiące paletą beznadziei.
patrzę za horyzont -
tego właściwego nie widac.
tam wzburzone słońce,
zlewa się z obojętności oceanem.
staram się stąpac po promieniach -
promieni nie widac.
zagubiony,
jak wyrwany z kontekstu:
jestem więźniem własnych pragnień.
każda próba jest łzą -
ja tonę w morzu.
nie jestem gruboskórny. nie powlekam się tłuszcem grubiaństwa. nie jestem prosty. dlatego w środku trwa ciągła wojna, a przez głowę przechodzi miliard koni, każdy niesie jedną nadzieję, ciężką, oleistą, ale chwilową, niezdolną wykarmic przyszłośc.
już się nauczyłem, człowiek szczyśliwy, to ten, który jest w zgodzie z samym sobą, który każdy pieprzony dzień traktuje, jak wyjątek od reguły. robi to co kocha, kocha to co ma. nie jestem szczęśliwy.
piątek, 24 grudnia 2010
NIE-PODSUMOWANIE ROKU 2010
kolejnego podsumowania nie będzie.
to, że z takim uporem maniaka wyczekujesz zmian na lepsze, męczy. cholernie męczy, staje się po czasie swoistą obsesją, a w tym wypadku każdorazowa zmiana pozostawałaby całkowicie niewidoczna.
czas mógłbym liczyc na wiele sposobów. mam pewne podziały. ramy, które zaczynają się od TEGO wydarzenia. otóż była przeszłośc, przeszłośc marna, nudna, bezkompromisowa w pewnym znaczeniu, do-celowa. a potem stało się TO. wiesz co poczułem, gdy zdałem sobie sprawę, że to miłośc? poczułem się, jakbym nagle się nagle obudził, albo wypłynął na powierzchnię. to nie jest coś co można w każdym razie opisac. to jest coś indywidualne, niesamowite i ze wszech miar niezmierzone.
siedziesz przy stole. jest lato, a ty siedziesz na tarasie/balkonie/trawie/, na świeżym powietrzu. na stole stoi twoje śniadanie, właśnie zamierzasz sie za nie zabrac. jajka, tak jak lubisz. herbata, niesłodzona, z kawałkiem cytryny. do tego tosty z dżemem, truskawkowym. gdy podnosisz łyżkę, jedna, tylko JEDNA myśl przebiegła ci przez głowę. przepłynęła i na chwilę znikła. przez kilka nanosekund byłeś ostatni raz nieświadomy. nieświadomy tego, że KOCHASZ. że CZUJESZ. tak prawdziwie, tak jak zawsze chciałeś.
pierwsze co się pojawia to ta radośc, że jesteś człowiekiem, bo stac cie na to, żeby kogos pokochac. i dopiero wtedy, gdy upłyną kolejne nanosekundy zdajesz sobie sprawę jaki ogrom cię otacza. co to wszystko znaczy, jaki to ma sens, a raczej, jak wiele sensu mu brak.
wtedy właśnie powietrze, które jeszcze sekundy temu wpływało do twoich płuc, przestaje byc tym samym powietrzem. teraz pełne jest tych magicznych cząsteczek, których jednostką jest liczba błysków oka, na widok TEJ osobby. barwy, światło, dźwięki zaczynają byc wyraźniejsze, niemożliwe do granic wytrzymałości! ten ból jest słodki, upajasz się nim.
i to właśnie, wbrew pozorom, ostatnia przychodzi nowa swiadomośc: kocham cię.
to było TE wydarzenie. nawet nie jest już znaczący fakt, że to co już miało trwac zawsze, było krótkie, pełne, porywcze, nieorganiczne. znaczący jest fakt, że po raz pierwszy w życiu na prawdę odetchnąłem. obudziłem się.
a potem przyszła całą reszta, która jest piękna. wtedy, słysząc te słowa pewnie wyśmiałbym ci się w twarz, ale teraz uważam, że tamte emocje, negatywne, bolesne, są piękne - bo dają mi doświadczenie. to jest coś, co przeżywasz tylko raz, potem nie boli już tak samo, nie oddychasz już tak samo, nie myslisz już tak samo.
reszta dni, niewartych zapamiętania, przeminie w mojej głowie, nie zapisze się. nie żałuję.
to, że z takim uporem maniaka wyczekujesz zmian na lepsze, męczy. cholernie męczy, staje się po czasie swoistą obsesją, a w tym wypadku każdorazowa zmiana pozostawałaby całkowicie niewidoczna.
czas mógłbym liczyc na wiele sposobów. mam pewne podziały. ramy, które zaczynają się od TEGO wydarzenia. otóż była przeszłośc, przeszłośc marna, nudna, bezkompromisowa w pewnym znaczeniu, do-celowa. a potem stało się TO. wiesz co poczułem, gdy zdałem sobie sprawę, że to miłośc? poczułem się, jakbym nagle się nagle obudził, albo wypłynął na powierzchnię. to nie jest coś co można w każdym razie opisac. to jest coś indywidualne, niesamowite i ze wszech miar niezmierzone.
siedziesz przy stole. jest lato, a ty siedziesz na tarasie/balkonie/trawie/, na świeżym powietrzu. na stole stoi twoje śniadanie, właśnie zamierzasz sie za nie zabrac. jajka, tak jak lubisz. herbata, niesłodzona, z kawałkiem cytryny. do tego tosty z dżemem, truskawkowym. gdy podnosisz łyżkę, jedna, tylko JEDNA myśl przebiegła ci przez głowę. przepłynęła i na chwilę znikła. przez kilka nanosekund byłeś ostatni raz nieświadomy. nieświadomy tego, że KOCHASZ. że CZUJESZ. tak prawdziwie, tak jak zawsze chciałeś.
pierwsze co się pojawia to ta radośc, że jesteś człowiekiem, bo stac cie na to, żeby kogos pokochac. i dopiero wtedy, gdy upłyną kolejne nanosekundy zdajesz sobie sprawę jaki ogrom cię otacza. co to wszystko znaczy, jaki to ma sens, a raczej, jak wiele sensu mu brak.
wtedy właśnie powietrze, które jeszcze sekundy temu wpływało do twoich płuc, przestaje byc tym samym powietrzem. teraz pełne jest tych magicznych cząsteczek, których jednostką jest liczba błysków oka, na widok TEJ osobby. barwy, światło, dźwięki zaczynają byc wyraźniejsze, niemożliwe do granic wytrzymałości! ten ból jest słodki, upajasz się nim.
i to właśnie, wbrew pozorom, ostatnia przychodzi nowa swiadomośc: kocham cię.
to było TE wydarzenie. nawet nie jest już znaczący fakt, że to co już miało trwac zawsze, było krótkie, pełne, porywcze, nieorganiczne. znaczący jest fakt, że po raz pierwszy w życiu na prawdę odetchnąłem. obudziłem się.
a potem przyszła całą reszta, która jest piękna. wtedy, słysząc te słowa pewnie wyśmiałbym ci się w twarz, ale teraz uważam, że tamte emocje, negatywne, bolesne, są piękne - bo dają mi doświadczenie. to jest coś, co przeżywasz tylko raz, potem nie boli już tak samo, nie oddychasz już tak samo, nie myslisz już tak samo.
reszta dni, niewartych zapamiętania, przeminie w mojej głowie, nie zapisze się. nie żałuję.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
CZĄSTKOWANIE
"So, let go
Jump in
Oh well, what you waiting for?
It's all right
'Cause there's beauty in the breakdown
So, let go
Just get in
Oh, it's so amazing here
It's all right
'Cause there's beauty in the breakdown"
to bardzo aktywny stan. w swojej pasywności oczywiście. inspirujący i twórczy. bo jak można pisać o miłości, gdy nigdy tak na prawdę nie miało się z nią styczności? a tu proszę. nie dość, że miłość to jeszcze do dupy. żanetka leta/żaneta kaleta, polecam.
to było bardzo dziwne wiesz? odważyłem się i plus za to dla mnie. ale nie wiedziałem, że to przybierze, aż taką formę. to było dogłębne. już pierwsze pytanie sprawiło, że wypuściłem powietrze z płuc. a potem się zaczęło. rozkładanie, szperanie, grzebanie, cząstkowanie - na atomy, poszczególne części. zaskoczyło mnie to, że tak na prawdę bardzo mało o sobie wiem. to są tylko jakieś pytania, a nagle ktoś obcy (nie znający mnie) potrafił powiedzieć mi jakim człowiekiem jestem. co więcej, do czego się w zyciu nadaje, a do czego nie. zaszufladkował mnie. podkreślił, zaznaczył. stałem się pewną składniową grupy społecznej o tytule roboczym A (artyści). okreslono mnie jako wyjatkowego indywidualiste, z praktycznie żadnymi umiejetnościami społecznymi. nie mam siły przebicia, jestem samotnikiem, osboą, która najchętniej oddaje się pracy twórczej. nie jestem ściśle związany rodzinnie. mam jednocześnie mnóstwo pokory, ale również jestem pieprzonym egoistą, egocentrykiem. miło. ok, prawdopodobnie bardzo wiele z tego pokrywa się z moją naturą. ale ja mam pytanie. gdzie miejsce na duszę? gdzie jest miejsce na to co na prawdę we mnie siedzi?
tak bardzo chciałbym, żebyś spojrzał na mnie wzrokiem innym. nie-powierzchownym, przeciągłym, ciepłym. intrygującym, żebym poczuł się poznany przez ciebie, ale w sposób, który nie ocenia, a jedynie akceptuje. drugiego człowieka, drugą duszę.
czuje się bezwartościowy i odrzucony. zwłaszcza kiedy udajesz, że mnie nie widzisz. kiedy udajesz, że nie istnieję. a przeciez nie można tak po prostu przekreślić tego wszystkiego, czegoś, co dla mnie było bardzo ważne. a teraz staje się dla ciebie nieistotną szarą masą, jaką jestem dla większości innych osoób. chyba wolałbym gdybyś krzyczał, wrzeszczał, klął.
Jump in
Oh well, what you waiting for?
It's all right
'Cause there's beauty in the breakdown
So, let go
Just get in
Oh, it's so amazing here
It's all right
'Cause there's beauty in the breakdown"
to bardzo aktywny stan. w swojej pasywności oczywiście. inspirujący i twórczy. bo jak można pisać o miłości, gdy nigdy tak na prawdę nie miało się z nią styczności? a tu proszę. nie dość, że miłość to jeszcze do dupy. żanetka leta/żaneta kaleta, polecam.
to było bardzo dziwne wiesz? odważyłem się i plus za to dla mnie. ale nie wiedziałem, że to przybierze, aż taką formę. to było dogłębne. już pierwsze pytanie sprawiło, że wypuściłem powietrze z płuc. a potem się zaczęło. rozkładanie, szperanie, grzebanie, cząstkowanie - na atomy, poszczególne części. zaskoczyło mnie to, że tak na prawdę bardzo mało o sobie wiem. to są tylko jakieś pytania, a nagle ktoś obcy (nie znający mnie) potrafił powiedzieć mi jakim człowiekiem jestem. co więcej, do czego się w zyciu nadaje, a do czego nie. zaszufladkował mnie. podkreślił, zaznaczył. stałem się pewną składniową grupy społecznej o tytule roboczym A (artyści). okreslono mnie jako wyjatkowego indywidualiste, z praktycznie żadnymi umiejetnościami społecznymi. nie mam siły przebicia, jestem samotnikiem, osboą, która najchętniej oddaje się pracy twórczej. nie jestem ściśle związany rodzinnie. mam jednocześnie mnóstwo pokory, ale również jestem pieprzonym egoistą, egocentrykiem. miło. ok, prawdopodobnie bardzo wiele z tego pokrywa się z moją naturą. ale ja mam pytanie. gdzie miejsce na duszę? gdzie jest miejsce na to co na prawdę we mnie siedzi?
tak bardzo chciałbym, żebyś spojrzał na mnie wzrokiem innym. nie-powierzchownym, przeciągłym, ciepłym. intrygującym, żebym poczuł się poznany przez ciebie, ale w sposób, który nie ocenia, a jedynie akceptuje. drugiego człowieka, drugą duszę.
czuje się bezwartościowy i odrzucony. zwłaszcza kiedy udajesz, że mnie nie widzisz. kiedy udajesz, że nie istnieję. a przeciez nie można tak po prostu przekreślić tego wszystkiego, czegoś, co dla mnie było bardzo ważne. a teraz staje się dla ciebie nieistotną szarą masą, jaką jestem dla większości innych osoób. chyba wolałbym gdybyś krzyczał, wrzeszczał, klął.
niedziela, 21 listopada 2010
SKŁADNIKI
dlaczego ja stoję ciągle w jednym miejscu? i to nie jest tak, że jest lepiej, gorzej. jest tak samo. jakby to wszystko było wczoraj.
ktoś dla mnie bardzo ważny powiedział, że powinienem wreszcie zacząć słuchać swojego serca, a nie głowy. tylko kiedy ja nie potrafię. boje się przyszłości. ale czy samotność, a właściwie lęk przed nią może wyprzeć lęk przed przyszłością? to jest jak dwa równoważne ciężarki. i ktoś mi je przyczepił z dwóch stron. i one ciągną w dół. a ta szczelina jest coraz większa. i zapadam, rozpadam...
miałem sen. a właściwie nie wiem czy to był sen. ja tam czułem. byłem złożony z emocji i uczuć. zmysły miałem wyostrzone. ale najpiękniejsze było to co tkwiło we mnie. była to miłość. pierwszy raz odwzajemniona. i nagle ten 'sen' zmienił się w koszmar. bo ja utraciłem to miłość, w wyjątkowo perfidny sposób. gdy się obudziłem potrafiłem przywołać najmniejszy szczegół, każdy wyraz twojej twarzy, a to co czułem to prawdziwy, dojmujący ból. i to było tak prawdziwe. poczułem się po raz pierwszy od ostatniego czasu tak żywy. mogłem siedzieć, krzyczeć i płakać, a wszystko to miałoby swój sens pozamaterialny, ten niedościgniony, do którego zawsze dążymy. to było takie prawdziwe..
każdy marzy o tej pieprzonej miłości. a ja uważam, że większość marzy tylko o ich własnym wyobrażeniu o niej. a właściwie o zbiorze, na który składają się: przyzwyczajenie, bycie miłym, uczynnym, dobrym, odrobina agresji, masochizmu. dla mnie prawdziwa miłość to spojrzenia. kiedy on na nią, ona na niego. on na niego. ona na nią. to dotyk, który jest wyważony, ale tak niecierpliwy, tak zachłanny, jakby był to ostatni dotyk NASZ. to cierpienie, które jest nieodmiennie wpisane w miłość. kied nie potrafimy się zsynchronizować, kiedy działamy według różnych schematów. to jest też krzyk i ta pasja w nim zawarta. i gniew. i złość. a wszystko to razem jest unikatowe, nieodwracalne, piękne i jednorazowe...
ktoś dla mnie bardzo ważny powiedział, że powinienem wreszcie zacząć słuchać swojego serca, a nie głowy. tylko kiedy ja nie potrafię. boje się przyszłości. ale czy samotność, a właściwie lęk przed nią może wyprzeć lęk przed przyszłością? to jest jak dwa równoważne ciężarki. i ktoś mi je przyczepił z dwóch stron. i one ciągną w dół. a ta szczelina jest coraz większa. i zapadam, rozpadam...
miałem sen. a właściwie nie wiem czy to był sen. ja tam czułem. byłem złożony z emocji i uczuć. zmysły miałem wyostrzone. ale najpiękniejsze było to co tkwiło we mnie. była to miłość. pierwszy raz odwzajemniona. i nagle ten 'sen' zmienił się w koszmar. bo ja utraciłem to miłość, w wyjątkowo perfidny sposób. gdy się obudziłem potrafiłem przywołać najmniejszy szczegół, każdy wyraz twojej twarzy, a to co czułem to prawdziwy, dojmujący ból. i to było tak prawdziwe. poczułem się po raz pierwszy od ostatniego czasu tak żywy. mogłem siedzieć, krzyczeć i płakać, a wszystko to miałoby swój sens pozamaterialny, ten niedościgniony, do którego zawsze dążymy. to było takie prawdziwe..
każdy marzy o tej pieprzonej miłości. a ja uważam, że większość marzy tylko o ich własnym wyobrażeniu o niej. a właściwie o zbiorze, na który składają się: przyzwyczajenie, bycie miłym, uczynnym, dobrym, odrobina agresji, masochizmu. dla mnie prawdziwa miłość to spojrzenia. kiedy on na nią, ona na niego. on na niego. ona na nią. to dotyk, który jest wyważony, ale tak niecierpliwy, tak zachłanny, jakby był to ostatni dotyk NASZ. to cierpienie, które jest nieodmiennie wpisane w miłość. kied nie potrafimy się zsynchronizować, kiedy działamy według różnych schematów. to jest też krzyk i ta pasja w nim zawarta. i gniew. i złość. a wszystko to razem jest unikatowe, nieodwracalne, piękne i jednorazowe...
środa, 6 października 2010
J A
zostajesz ściągnięty na ziemię. szarą, zwietrzałą, nie-organiczną ziemię. twoje dni powoli stają się zlepkiem, taśmą, w której nie potrafisz już odróżnić jaźni od rzeczywistości, jednej nocy od drugiej. zaczyna płonąć niezdrowy ogień. ogarnia cię, ale nie wiesz tak na prawdę co go podsyca.
to jakieś emocje? i co właściwie one znaczą?
czuję się niezwykle. niepokojąco dziwnie. stagmatyzm mój rozprzestrzeniający się po kościach jak życiodajna krew.
jestem schematem. jestem zaprogramowany. ktoś określił co mam robić. ktoś powiedział, że mam nie myśleć i nie czuć. ale co to? nagle w systemie błąd i zwarcie. są przebłyski czegoś niedobrego, niepożądanego. czemu ja nie wiem co to? tak jakby moją duszę zamieszkiwał uśpiony potwór, który od czasu do czasu się przebudza. wtedy następuje jakaś dziwna szarość przed oczami. JA, przykryty ostrych płachtą szkieł, kulę się.
a gdy żałuję wielu sytuacji, syczę i serca pompę wstrzymuję.
nienawidzę tego braku wiary. w ludzi. straciłem go, dobrze wiesz kiedy. jak mam mieć jakąkolwiek ochotę starania się, wkładania jakiejś pracy, w to, żeby poznać? po co? ja już wiem, jak TO się skończy. nie, nie, nie teraz.
mija czas
czas który goni nas
raz po raz
depcze po piętach,
a kosa szydzi nad ciepłą
ciała skórą,
zwietrzałe serce po
wiosennym przebudzeniu
ostatnim zachłannym zrywem
k o n a .
to jakieś emocje? i co właściwie one znaczą?
czuję się niezwykle. niepokojąco dziwnie. stagmatyzm mój rozprzestrzeniający się po kościach jak życiodajna krew.
jestem schematem. jestem zaprogramowany. ktoś określił co mam robić. ktoś powiedział, że mam nie myśleć i nie czuć. ale co to? nagle w systemie błąd i zwarcie. są przebłyski czegoś niedobrego, niepożądanego. czemu ja nie wiem co to? tak jakby moją duszę zamieszkiwał uśpiony potwór, który od czasu do czasu się przebudza. wtedy następuje jakaś dziwna szarość przed oczami. JA, przykryty ostrych płachtą szkieł, kulę się.
a gdy żałuję wielu sytuacji, syczę i serca pompę wstrzymuję.
nienawidzę tego braku wiary. w ludzi. straciłem go, dobrze wiesz kiedy. jak mam mieć jakąkolwiek ochotę starania się, wkładania jakiejś pracy, w to, żeby poznać? po co? ja już wiem, jak TO się skończy. nie, nie, nie teraz.
mija czas
czas który goni nas
raz po raz
depcze po piętach,
a kosa szydzi nad ciepłą
ciała skórą,
zwietrzałe serce po
wiosennym przebudzeniu
ostatnim zachłannym zrywem
k o n a .
niedziela, 29 sierpnia 2010
PAJĘCZE NICI, TAJEMNE ELIKSIRY I BEZDENNE MACHINY
i przyszedł wreszcie sierpień trzynastego. zostawiłem za sobą ostatni miesiąc, wyjechałem z czystą, białą kartą, gotowy na Przygodę. nadzieje? tak, znów pieprzone nadzieje. że wszystko będzie idealnie. ale wiesz jak to jest, gdy oczekujesz zbyt wiele? po wszystkim przychodzi rozczarowanie.
ale było wiele pięknych słońc, i woda lazurowa też była. palący wzrok, kiedy starałem się dojrzeć w duszy to COŚ. bez słów? owszem. czasem ich nie potrzebujemy.
wróciłem z pełnymi bateriami. byłem naładowany widokami, temperaturą, ludźmi. postanowieniami, życzeniami i zmianami. obawami, marzeniami, ale jakoś z Duszą byłem w zgodzie i to napawało mój Rozum pieprzonym optymizmem. ale taki właśnie jest świat, a może takim się stał przez TYCH ludzi, bo na dzień dobry zostałem r o z ł a d o w a n y ! rozumiem, że osoba, która mnie nie zna, widząc tylko moje zdjęcie na jakimś pierdolonym portalu, czytając co pisze, może mieć o mnie najgorsze zdanie. rozumiem, naprawdę. i kompletnie mnie nie obchodzi jej zdanie, bo jak zdążyłem nadmienić, jest to osoba mi nie-bliska, obojętna i kompletnie zbędna, więc jej zdanie jest dla mnie niczym kolejna szara, bezkształtna, bezzapachowa, bezdźwięczna i rozumu też bez - postać, którą mijam w Pociągu Życia.
gorzej jeśli nagle takie zdanie zaczyna mieć osoba, która była mi bliska. czas przeszły jest na miejscu.
nie potrafię już z tobą przebywać nawet w jednym pomieszczeniu. w środku, w moim ciele, uwarzyłeś eliksir, którego składu określić nie potrafię. wiem jedno, ten eliksir jest jak trucizna. jej tajemny skład znasz tylko ty, a ja teraz muszę znaleźć antidotum. kto wie, może ten eliksir jest śmiertelny? tylko kogo zabije, mnie czy ciebie?
wiesz co wyczuwam wokół siebie? pajęczą nić. wiem co zaraz się stanie. otacza mnie sieć, zlepek, kłębek, stek bzdur, jakiś chorych, wygórowanych ambicji, celów, osiągnięć.. znów nie umiem sobie z tym poradzić. wpędzam się w jakąś machinę, która karze mi brnąć przez to bagno do przodu, do przodu, do przodu - bo tak trzeba! jak to, ja nie osiągnę?! jeśli nie ja, to kto! to mnie wykańcza.. jakaś dziura, bezdenna otchłań.
m i e s z a m
ale było wiele pięknych słońc, i woda lazurowa też była. palący wzrok, kiedy starałem się dojrzeć w duszy to COŚ. bez słów? owszem. czasem ich nie potrzebujemy.
wróciłem z pełnymi bateriami. byłem naładowany widokami, temperaturą, ludźmi. postanowieniami, życzeniami i zmianami. obawami, marzeniami, ale jakoś z Duszą byłem w zgodzie i to napawało mój Rozum pieprzonym optymizmem. ale taki właśnie jest świat, a może takim się stał przez TYCH ludzi, bo na dzień dobry zostałem r o z ł a d o w a n y ! rozumiem, że osoba, która mnie nie zna, widząc tylko moje zdjęcie na jakimś pierdolonym portalu, czytając co pisze, może mieć o mnie najgorsze zdanie. rozumiem, naprawdę. i kompletnie mnie nie obchodzi jej zdanie, bo jak zdążyłem nadmienić, jest to osoba mi nie-bliska, obojętna i kompletnie zbędna, więc jej zdanie jest dla mnie niczym kolejna szara, bezkształtna, bezzapachowa, bezdźwięczna i rozumu też bez - postać, którą mijam w Pociągu Życia.
gorzej jeśli nagle takie zdanie zaczyna mieć osoba, która była mi bliska. czas przeszły jest na miejscu.
nie potrafię już z tobą przebywać nawet w jednym pomieszczeniu. w środku, w moim ciele, uwarzyłeś eliksir, którego składu określić nie potrafię. wiem jedno, ten eliksir jest jak trucizna. jej tajemny skład znasz tylko ty, a ja teraz muszę znaleźć antidotum. kto wie, może ten eliksir jest śmiertelny? tylko kogo zabije, mnie czy ciebie?
wiesz co wyczuwam wokół siebie? pajęczą nić. wiem co zaraz się stanie. otacza mnie sieć, zlepek, kłębek, stek bzdur, jakiś chorych, wygórowanych ambicji, celów, osiągnięć.. znów nie umiem sobie z tym poradzić. wpędzam się w jakąś machinę, która karze mi brnąć przez to bagno do przodu, do przodu, do przodu - bo tak trzeba! jak to, ja nie osiągnę?! jeśli nie ja, to kto! to mnie wykańcza.. jakaś dziura, bezdenna otchłań.
m i e s z a m
piątek, 30 lipca 2010
N I E M O C
to jedyne, co teraz czuje. niemoc, bo czuje, jak wszystko sie rozwala. niemoc, bo patrze na te twarz i wiem, ze byc moze już nigdy nie bedzie dane mi jej dotknac.
kiedy tracisz cos na czym ci tak bardzo zalezalo i w dodatku czujesz sie zraniony, to bol jest prawie namacalny. moge dotknac miejsca, poczujc jak pulsuje.
najgorsze sa mysli. od wschodu do zachodu bijesz sie z myslami co zrobiles zle, czego nie zrobiles, co spieprzyles, co mogles zrobic lepiej.
ale wiesz co? dochodze do wniosku ze to bylo gowno od poczatku. to byla porazka, odkad go zobaczylem. ta jedna roznica, ktorej w zyciu bym nie przeskoczyl, to COS co w nim siedzi, hustawki, roller coster maximow i minimow emocji.. to by mnie zniszczylo po czasie.
i znow to jedno pytanie, dlaczego?!
czuje sie oszukany, wykorzystany. czuje jakbym jeden miesiac poswiecil na wspinaczke pod bardzo, baaardzo wysoka gore, i gdy prawie dotknalem szczytu, jakis jeden, drobny kamyczek, ktory osunal sie spod moich stop, spowodowal lawine. rozpierdolil mi serce. jeden, kurwa, maly kamyczek.
wiem, ze potrzebujesz widowni. zycie to show, spektakl, przedstawienie. i musi trwac. do konca. wyrezyserowane, pojscie na zywiol - liczy sie widownia.
dramatyzuje? owszem. przesadzam? bardzo. martwie sie? cholernie. ale badz ze mna szczery, prosze.
kiedy tracisz cos na czym ci tak bardzo zalezalo i w dodatku czujesz sie zraniony, to bol jest prawie namacalny. moge dotknac miejsca, poczujc jak pulsuje.
najgorsze sa mysli. od wschodu do zachodu bijesz sie z myslami co zrobiles zle, czego nie zrobiles, co spieprzyles, co mogles zrobic lepiej.
ale wiesz co? dochodze do wniosku ze to bylo gowno od poczatku. to byla porazka, odkad go zobaczylem. ta jedna roznica, ktorej w zyciu bym nie przeskoczyl, to COS co w nim siedzi, hustawki, roller coster maximow i minimow emocji.. to by mnie zniszczylo po czasie.
i znow to jedno pytanie, dlaczego?!
czuje sie oszukany, wykorzystany. czuje jakbym jeden miesiac poswiecil na wspinaczke pod bardzo, baaardzo wysoka gore, i gdy prawie dotknalem szczytu, jakis jeden, drobny kamyczek, ktory osunal sie spod moich stop, spowodowal lawine. rozpierdolil mi serce. jeden, kurwa, maly kamyczek.
wiem, ze potrzebujesz widowni. zycie to show, spektakl, przedstawienie. i musi trwac. do konca. wyrezyserowane, pojscie na zywiol - liczy sie widownia.
dramatyzuje? owszem. przesadzam? bardzo. martwie sie? cholernie. ale badz ze mna szczery, prosze.
poniedziałek, 28 czerwca 2010
NOTITLE
to jest jak iskra, która spada na stos suchych drewien. wybucha płomieniem, którego nie można okiełznać. nie można tego kontrolować. nie staram się nawet. zastanawia mnie jedynie to, jakie będzie zakończenie. mógłbym powiedzieć, że mam to, na co tak długo czekałem. boje się, ale to inny rodzaj strachu. jest poniekąd podniecający!
zadziwia mnie to, że mam potrzebę podobania się. że pokazuję swoją najlepszą stronę.
chciałbym poznać myśli. może to wiedza, która by mnie przeraziła? a może byłoby wręcz odwrotnie? poznałbym odpowiedzi, miałbym pewność.
czuję, wiesz, bariery. nie tylko moje własne, ale takie, których nie da się przeskoczyć. a ja właśnie, jak głupi, na siłę staram się je przezwyciężyć. staram się otworzyć, ale coś mnie krępuje. frustruje mnie moja niemoc. nie potrafię wsłuchać się obiektywnie w moją duszę. coś mnie zagłusza, jakaś melodia, która pojawiła się niedawno.
czy miłość zmienia? na pewno, gorzej jeśli są to zmiany złe. takie, których się potem będzie żałowało.
księżyc jest dziś piękny. wszystko ostatnio wydaje się doskonalsze. a mnie noce zaczęły przyjemnie unosić nad morzem świadomości. leżę, a w głowie mam tyle wrażeń, myśli, jakichś emocji. to pogranicze jest cudowne, stan, w którym mogę wiele, a wszystko jest na swoim miejscu. tak jak chcę. jak być powinno.
zadziwia mnie to, że mam potrzebę podobania się. że pokazuję swoją najlepszą stronę.
chciałbym poznać myśli. może to wiedza, która by mnie przeraziła? a może byłoby wręcz odwrotnie? poznałbym odpowiedzi, miałbym pewność.
czuję, wiesz, bariery. nie tylko moje własne, ale takie, których nie da się przeskoczyć. a ja właśnie, jak głupi, na siłę staram się je przezwyciężyć. staram się otworzyć, ale coś mnie krępuje. frustruje mnie moja niemoc. nie potrafię wsłuchać się obiektywnie w moją duszę. coś mnie zagłusza, jakaś melodia, która pojawiła się niedawno.
czy miłość zmienia? na pewno, gorzej jeśli są to zmiany złe. takie, których się potem będzie żałowało.
księżyc jest dziś piękny. wszystko ostatnio wydaje się doskonalsze. a mnie noce zaczęły przyjemnie unosić nad morzem świadomości. leżę, a w głowie mam tyle wrażeń, myśli, jakichś emocji. to pogranicze jest cudowne, stan, w którym mogę wiele, a wszystko jest na swoim miejscu. tak jak chcę. jak być powinno.
środa, 12 maja 2010
PO PROSTU
dni mijają szybko. nie liczę już godzin. noce są takie same. zmienia się tylko biała plama na granacie nieba, a dach, który wyrasta przed moim oknem, to robi się czarny, to budzi mnie o poranku refleksami odbitymi od blachy. nic się nie zmienia. wstaję, a wysiłkiem jest dla mnie każda następna chwila. nie zmieniają się też ludzie. ich obłuda zdaje się pęcznieć. zaskakuje mnie to jak bardzo potrafią być nieprawdziwi. kiedy mówią ci coś, tylko po to, żeby cię dobić. nie są stali w uczuciach.
nie zmienia się głupia nadzieja, która każe mi z takim wyczekiwaniem wypatrywać weekendów. każe mi liczyć na to, że Wielkie Szczęście spotkam w metrze, tramwaju, na ulicy. że wpadnę przypadkiem na ciebie, a ty zapatrzysz mi się głęboko w oczy, po czym powiesz, jakbyśmy znali się od lat: - Chodźmy na kawę. Ja, zaczarowany magią tej chwili, podążę za tobą.
będziemy gadać przez parę godzin. na początku będę się kontrolował, ale potem zbudujemy Więź, która pozwoli mi zapomnieć o Czasie, Przeszłości i Mojej Historii. pozwoli mi na swobodne wyrażanie moich uczuć do ciebie, moich przemyśleń. połączy nas również miłość do wspólnych zainteresowań!
nagle poczuję się, jakbyś czytał mi w myślach. wtedy właśnie zniknie cały świat. będziesz tylko ty, ja i ta kawiarnia. zaproponujesz spacer, a ja, nawet nie wiem kiedy, złapię cię za rękę. wyjdziemy razem, jak para, która nie spieszy się, bo wie, że ma dla siebie i przed sobą wieczność.
usiądziemy nad Wisłą. powiesz mi, że był to dla ciebie najpiękniejszy dzień, dzień, o którym nawet nie marzyłeś. dzień, w którym wkroczyłeś na Drogę Szczęścia, bo to ja jestem twoim szczęściem. powiesz mi, po prostu, że mnie kochasz.
nie zmienia się głupia nadzieja, która każe mi z takim wyczekiwaniem wypatrywać weekendów. każe mi liczyć na to, że Wielkie Szczęście spotkam w metrze, tramwaju, na ulicy. że wpadnę przypadkiem na ciebie, a ty zapatrzysz mi się głęboko w oczy, po czym powiesz, jakbyśmy znali się od lat: - Chodźmy na kawę. Ja, zaczarowany magią tej chwili, podążę za tobą.
będziemy gadać przez parę godzin. na początku będę się kontrolował, ale potem zbudujemy Więź, która pozwoli mi zapomnieć o Czasie, Przeszłości i Mojej Historii. pozwoli mi na swobodne wyrażanie moich uczuć do ciebie, moich przemyśleń. połączy nas również miłość do wspólnych zainteresowań!
nagle poczuję się, jakbyś czytał mi w myślach. wtedy właśnie zniknie cały świat. będziesz tylko ty, ja i ta kawiarnia. zaproponujesz spacer, a ja, nawet nie wiem kiedy, złapię cię za rękę. wyjdziemy razem, jak para, która nie spieszy się, bo wie, że ma dla siebie i przed sobą wieczność.
usiądziemy nad Wisłą. powiesz mi, że był to dla ciebie najpiękniejszy dzień, dzień, o którym nawet nie marzyłeś. dzień, w którym wkroczyłeś na Drogę Szczęścia, bo to ja jestem twoim szczęściem. powiesz mi, po prostu, że mnie kochasz.
Subskrybuj:
Posty (Atom)