obiecałem sobie, że nigdy nie będę taki jak ty. że nigdy nikogo nie wykorzystam, że będę stawiał sprawy jasno. a teraz rozumiemy się bardzo dobrze. chyba mógłbym podac ci rękę. czuję to co ty, chyba nawet myślę tak jak ty. tylko dlaczego muszą cierpiec na tym inne osoby? przeraża mnie to, bo ja nie chcę zadawac bólu.
głowa boli, serce krzyczy. nie można ich zagłuszyc, tylko, że czasem powstaje zgrzyt, spięcie bo oboje starają się przekrzyczyc i ja już wtedy nic totalnie nie rozumiem. rozkurwia mi to t r z e w i a . . .
hipokryzji szczyty zdobywam prawie jak wytrawny alpinista. a co jeśli moje pieprzenie o przeznaczeniu i wyjątkowości każdej okazji, o niewykorzystanych szansach.. jeśli to wszystko się sprawdzi? byc może właśnie tracę pewną częsc szczęścia. odbieram je sobie. na własne życzenie. przez co? przez co ja się pytam! przez moje obiekcje, strachy? a może przez opinie innych osób.. jakby one się kiedykolwiek dla mnie liczyły. to jest chore, zabijam w sobie coś pięknego, a przecież dobrze wiem, że gdybym pozwolił MU kiełkowac, to TO byłoby coś o czym zawsze marzyłem.
są pewne magiczne chwile, które poprzez odpowiednie haczyki wmocowane w nasze serce, zapadają nam w pamięc na wiecznośc. i kiedy przychodzi pewien moment, nazwijmy to momentem równowagi psychicznej chwilowo zaburzonej, te haczyki wyrywają się, szarpią naszym sercem powodując niekontrolowany wylew emocji i wspomnień! to właśnie wtedy, między innymi, pojawia się uczucie pustki i tęsknoty za tym co było, a co już nie wróci. bo chwile magiczne, to chwile, które egzystują tylko w naszym określonym momencie, są niepowtarzalne, dlatego utracone, albo niewykorzystane.. bolą podwójnie.
czwartek, 3 marca 2011
czwartek, 10 lutego 2011
DRZAZGI
to jest, jak małe drzazgi
uwięzione w środku,
szarpiące paletą beznadziei.
patrzę za horyzont -
tego właściwego nie widac.
tam wzburzone słońce,
zlewa się z obojętności oceanem.
staram się stąpac po promieniach -
promieni nie widac.
zagubiony,
jak wyrwany z kontekstu:
jestem więźniem własnych pragnień.
każda próba jest łzą -
ja tonę w morzu.
nie jestem gruboskórny. nie powlekam się tłuszcem grubiaństwa. nie jestem prosty. dlatego w środku trwa ciągła wojna, a przez głowę przechodzi miliard koni, każdy niesie jedną nadzieję, ciężką, oleistą, ale chwilową, niezdolną wykarmic przyszłośc.
już się nauczyłem, człowiek szczyśliwy, to ten, który jest w zgodzie z samym sobą, który każdy pieprzony dzień traktuje, jak wyjątek od reguły. robi to co kocha, kocha to co ma. nie jestem szczęśliwy.
uwięzione w środku,
szarpiące paletą beznadziei.
patrzę za horyzont -
tego właściwego nie widac.
tam wzburzone słońce,
zlewa się z obojętności oceanem.
staram się stąpac po promieniach -
promieni nie widac.
zagubiony,
jak wyrwany z kontekstu:
jestem więźniem własnych pragnień.
każda próba jest łzą -
ja tonę w morzu.
nie jestem gruboskórny. nie powlekam się tłuszcem grubiaństwa. nie jestem prosty. dlatego w środku trwa ciągła wojna, a przez głowę przechodzi miliard koni, każdy niesie jedną nadzieję, ciężką, oleistą, ale chwilową, niezdolną wykarmic przyszłośc.
już się nauczyłem, człowiek szczyśliwy, to ten, który jest w zgodzie z samym sobą, który każdy pieprzony dzień traktuje, jak wyjątek od reguły. robi to co kocha, kocha to co ma. nie jestem szczęśliwy.
piątek, 24 grudnia 2010
NIE-PODSUMOWANIE ROKU 2010
kolejnego podsumowania nie będzie.
to, że z takim uporem maniaka wyczekujesz zmian na lepsze, męczy. cholernie męczy, staje się po czasie swoistą obsesją, a w tym wypadku każdorazowa zmiana pozostawałaby całkowicie niewidoczna.
czas mógłbym liczyc na wiele sposobów. mam pewne podziały. ramy, które zaczynają się od TEGO wydarzenia. otóż była przeszłośc, przeszłośc marna, nudna, bezkompromisowa w pewnym znaczeniu, do-celowa. a potem stało się TO. wiesz co poczułem, gdy zdałem sobie sprawę, że to miłośc? poczułem się, jakbym nagle się nagle obudził, albo wypłynął na powierzchnię. to nie jest coś co można w każdym razie opisac. to jest coś indywidualne, niesamowite i ze wszech miar niezmierzone.
siedziesz przy stole. jest lato, a ty siedziesz na tarasie/balkonie/trawie/, na świeżym powietrzu. na stole stoi twoje śniadanie, właśnie zamierzasz sie za nie zabrac. jajka, tak jak lubisz. herbata, niesłodzona, z kawałkiem cytryny. do tego tosty z dżemem, truskawkowym. gdy podnosisz łyżkę, jedna, tylko JEDNA myśl przebiegła ci przez głowę. przepłynęła i na chwilę znikła. przez kilka nanosekund byłeś ostatni raz nieświadomy. nieświadomy tego, że KOCHASZ. że CZUJESZ. tak prawdziwie, tak jak zawsze chciałeś.
pierwsze co się pojawia to ta radośc, że jesteś człowiekiem, bo stac cie na to, żeby kogos pokochac. i dopiero wtedy, gdy upłyną kolejne nanosekundy zdajesz sobie sprawę jaki ogrom cię otacza. co to wszystko znaczy, jaki to ma sens, a raczej, jak wiele sensu mu brak.
wtedy właśnie powietrze, które jeszcze sekundy temu wpływało do twoich płuc, przestaje byc tym samym powietrzem. teraz pełne jest tych magicznych cząsteczek, których jednostką jest liczba błysków oka, na widok TEJ osobby. barwy, światło, dźwięki zaczynają byc wyraźniejsze, niemożliwe do granic wytrzymałości! ten ból jest słodki, upajasz się nim.
i to właśnie, wbrew pozorom, ostatnia przychodzi nowa swiadomośc: kocham cię.
to było TE wydarzenie. nawet nie jest już znaczący fakt, że to co już miało trwac zawsze, było krótkie, pełne, porywcze, nieorganiczne. znaczący jest fakt, że po raz pierwszy w życiu na prawdę odetchnąłem. obudziłem się.
a potem przyszła całą reszta, która jest piękna. wtedy, słysząc te słowa pewnie wyśmiałbym ci się w twarz, ale teraz uważam, że tamte emocje, negatywne, bolesne, są piękne - bo dają mi doświadczenie. to jest coś, co przeżywasz tylko raz, potem nie boli już tak samo, nie oddychasz już tak samo, nie myslisz już tak samo.
reszta dni, niewartych zapamiętania, przeminie w mojej głowie, nie zapisze się. nie żałuję.
to, że z takim uporem maniaka wyczekujesz zmian na lepsze, męczy. cholernie męczy, staje się po czasie swoistą obsesją, a w tym wypadku każdorazowa zmiana pozostawałaby całkowicie niewidoczna.
czas mógłbym liczyc na wiele sposobów. mam pewne podziały. ramy, które zaczynają się od TEGO wydarzenia. otóż była przeszłośc, przeszłośc marna, nudna, bezkompromisowa w pewnym znaczeniu, do-celowa. a potem stało się TO. wiesz co poczułem, gdy zdałem sobie sprawę, że to miłośc? poczułem się, jakbym nagle się nagle obudził, albo wypłynął na powierzchnię. to nie jest coś co można w każdym razie opisac. to jest coś indywidualne, niesamowite i ze wszech miar niezmierzone.
siedziesz przy stole. jest lato, a ty siedziesz na tarasie/balkonie/trawie/, na świeżym powietrzu. na stole stoi twoje śniadanie, właśnie zamierzasz sie za nie zabrac. jajka, tak jak lubisz. herbata, niesłodzona, z kawałkiem cytryny. do tego tosty z dżemem, truskawkowym. gdy podnosisz łyżkę, jedna, tylko JEDNA myśl przebiegła ci przez głowę. przepłynęła i na chwilę znikła. przez kilka nanosekund byłeś ostatni raz nieświadomy. nieświadomy tego, że KOCHASZ. że CZUJESZ. tak prawdziwie, tak jak zawsze chciałeś.
pierwsze co się pojawia to ta radośc, że jesteś człowiekiem, bo stac cie na to, żeby kogos pokochac. i dopiero wtedy, gdy upłyną kolejne nanosekundy zdajesz sobie sprawę jaki ogrom cię otacza. co to wszystko znaczy, jaki to ma sens, a raczej, jak wiele sensu mu brak.
wtedy właśnie powietrze, które jeszcze sekundy temu wpływało do twoich płuc, przestaje byc tym samym powietrzem. teraz pełne jest tych magicznych cząsteczek, których jednostką jest liczba błysków oka, na widok TEJ osobby. barwy, światło, dźwięki zaczynają byc wyraźniejsze, niemożliwe do granic wytrzymałości! ten ból jest słodki, upajasz się nim.
i to właśnie, wbrew pozorom, ostatnia przychodzi nowa swiadomośc: kocham cię.
to było TE wydarzenie. nawet nie jest już znaczący fakt, że to co już miało trwac zawsze, było krótkie, pełne, porywcze, nieorganiczne. znaczący jest fakt, że po raz pierwszy w życiu na prawdę odetchnąłem. obudziłem się.
a potem przyszła całą reszta, która jest piękna. wtedy, słysząc te słowa pewnie wyśmiałbym ci się w twarz, ale teraz uważam, że tamte emocje, negatywne, bolesne, są piękne - bo dają mi doświadczenie. to jest coś, co przeżywasz tylko raz, potem nie boli już tak samo, nie oddychasz już tak samo, nie myslisz już tak samo.
reszta dni, niewartych zapamiętania, przeminie w mojej głowie, nie zapisze się. nie żałuję.
poniedziałek, 13 grudnia 2010
CZĄSTKOWANIE
"So, let go
Jump in
Oh well, what you waiting for?
It's all right
'Cause there's beauty in the breakdown
So, let go
Just get in
Oh, it's so amazing here
It's all right
'Cause there's beauty in the breakdown"
to bardzo aktywny stan. w swojej pasywności oczywiście. inspirujący i twórczy. bo jak można pisać o miłości, gdy nigdy tak na prawdę nie miało się z nią styczności? a tu proszę. nie dość, że miłość to jeszcze do dupy. żanetka leta/żaneta kaleta, polecam.
to było bardzo dziwne wiesz? odważyłem się i plus za to dla mnie. ale nie wiedziałem, że to przybierze, aż taką formę. to było dogłębne. już pierwsze pytanie sprawiło, że wypuściłem powietrze z płuc. a potem się zaczęło. rozkładanie, szperanie, grzebanie, cząstkowanie - na atomy, poszczególne części. zaskoczyło mnie to, że tak na prawdę bardzo mało o sobie wiem. to są tylko jakieś pytania, a nagle ktoś obcy (nie znający mnie) potrafił powiedzieć mi jakim człowiekiem jestem. co więcej, do czego się w zyciu nadaje, a do czego nie. zaszufladkował mnie. podkreślił, zaznaczył. stałem się pewną składniową grupy społecznej o tytule roboczym A (artyści). okreslono mnie jako wyjatkowego indywidualiste, z praktycznie żadnymi umiejetnościami społecznymi. nie mam siły przebicia, jestem samotnikiem, osboą, która najchętniej oddaje się pracy twórczej. nie jestem ściśle związany rodzinnie. mam jednocześnie mnóstwo pokory, ale również jestem pieprzonym egoistą, egocentrykiem. miło. ok, prawdopodobnie bardzo wiele z tego pokrywa się z moją naturą. ale ja mam pytanie. gdzie miejsce na duszę? gdzie jest miejsce na to co na prawdę we mnie siedzi?
tak bardzo chciałbym, żebyś spojrzał na mnie wzrokiem innym. nie-powierzchownym, przeciągłym, ciepłym. intrygującym, żebym poczuł się poznany przez ciebie, ale w sposób, który nie ocenia, a jedynie akceptuje. drugiego człowieka, drugą duszę.
czuje się bezwartościowy i odrzucony. zwłaszcza kiedy udajesz, że mnie nie widzisz. kiedy udajesz, że nie istnieję. a przeciez nie można tak po prostu przekreślić tego wszystkiego, czegoś, co dla mnie było bardzo ważne. a teraz staje się dla ciebie nieistotną szarą masą, jaką jestem dla większości innych osoób. chyba wolałbym gdybyś krzyczał, wrzeszczał, klął.
Jump in
Oh well, what you waiting for?
It's all right
'Cause there's beauty in the breakdown
So, let go
Just get in
Oh, it's so amazing here
It's all right
'Cause there's beauty in the breakdown"
to bardzo aktywny stan. w swojej pasywności oczywiście. inspirujący i twórczy. bo jak można pisać o miłości, gdy nigdy tak na prawdę nie miało się z nią styczności? a tu proszę. nie dość, że miłość to jeszcze do dupy. żanetka leta/żaneta kaleta, polecam.
to było bardzo dziwne wiesz? odważyłem się i plus za to dla mnie. ale nie wiedziałem, że to przybierze, aż taką formę. to było dogłębne. już pierwsze pytanie sprawiło, że wypuściłem powietrze z płuc. a potem się zaczęło. rozkładanie, szperanie, grzebanie, cząstkowanie - na atomy, poszczególne części. zaskoczyło mnie to, że tak na prawdę bardzo mało o sobie wiem. to są tylko jakieś pytania, a nagle ktoś obcy (nie znający mnie) potrafił powiedzieć mi jakim człowiekiem jestem. co więcej, do czego się w zyciu nadaje, a do czego nie. zaszufladkował mnie. podkreślił, zaznaczył. stałem się pewną składniową grupy społecznej o tytule roboczym A (artyści). okreslono mnie jako wyjatkowego indywidualiste, z praktycznie żadnymi umiejetnościami społecznymi. nie mam siły przebicia, jestem samotnikiem, osboą, która najchętniej oddaje się pracy twórczej. nie jestem ściśle związany rodzinnie. mam jednocześnie mnóstwo pokory, ale również jestem pieprzonym egoistą, egocentrykiem. miło. ok, prawdopodobnie bardzo wiele z tego pokrywa się z moją naturą. ale ja mam pytanie. gdzie miejsce na duszę? gdzie jest miejsce na to co na prawdę we mnie siedzi?
tak bardzo chciałbym, żebyś spojrzał na mnie wzrokiem innym. nie-powierzchownym, przeciągłym, ciepłym. intrygującym, żebym poczuł się poznany przez ciebie, ale w sposób, który nie ocenia, a jedynie akceptuje. drugiego człowieka, drugą duszę.
czuje się bezwartościowy i odrzucony. zwłaszcza kiedy udajesz, że mnie nie widzisz. kiedy udajesz, że nie istnieję. a przeciez nie można tak po prostu przekreślić tego wszystkiego, czegoś, co dla mnie było bardzo ważne. a teraz staje się dla ciebie nieistotną szarą masą, jaką jestem dla większości innych osoób. chyba wolałbym gdybyś krzyczał, wrzeszczał, klął.
niedziela, 21 listopada 2010
SKŁADNIKI
dlaczego ja stoję ciągle w jednym miejscu? i to nie jest tak, że jest lepiej, gorzej. jest tak samo. jakby to wszystko było wczoraj.
ktoś dla mnie bardzo ważny powiedział, że powinienem wreszcie zacząć słuchać swojego serca, a nie głowy. tylko kiedy ja nie potrafię. boje się przyszłości. ale czy samotność, a właściwie lęk przed nią może wyprzeć lęk przed przyszłością? to jest jak dwa równoważne ciężarki. i ktoś mi je przyczepił z dwóch stron. i one ciągną w dół. a ta szczelina jest coraz większa. i zapadam, rozpadam...
miałem sen. a właściwie nie wiem czy to był sen. ja tam czułem. byłem złożony z emocji i uczuć. zmysły miałem wyostrzone. ale najpiękniejsze było to co tkwiło we mnie. była to miłość. pierwszy raz odwzajemniona. i nagle ten 'sen' zmienił się w koszmar. bo ja utraciłem to miłość, w wyjątkowo perfidny sposób. gdy się obudziłem potrafiłem przywołać najmniejszy szczegół, każdy wyraz twojej twarzy, a to co czułem to prawdziwy, dojmujący ból. i to było tak prawdziwe. poczułem się po raz pierwszy od ostatniego czasu tak żywy. mogłem siedzieć, krzyczeć i płakać, a wszystko to miałoby swój sens pozamaterialny, ten niedościgniony, do którego zawsze dążymy. to było takie prawdziwe..
każdy marzy o tej pieprzonej miłości. a ja uważam, że większość marzy tylko o ich własnym wyobrażeniu o niej. a właściwie o zbiorze, na który składają się: przyzwyczajenie, bycie miłym, uczynnym, dobrym, odrobina agresji, masochizmu. dla mnie prawdziwa miłość to spojrzenia. kiedy on na nią, ona na niego. on na niego. ona na nią. to dotyk, który jest wyważony, ale tak niecierpliwy, tak zachłanny, jakby był to ostatni dotyk NASZ. to cierpienie, które jest nieodmiennie wpisane w miłość. kied nie potrafimy się zsynchronizować, kiedy działamy według różnych schematów. to jest też krzyk i ta pasja w nim zawarta. i gniew. i złość. a wszystko to razem jest unikatowe, nieodwracalne, piękne i jednorazowe...
ktoś dla mnie bardzo ważny powiedział, że powinienem wreszcie zacząć słuchać swojego serca, a nie głowy. tylko kiedy ja nie potrafię. boje się przyszłości. ale czy samotność, a właściwie lęk przed nią może wyprzeć lęk przed przyszłością? to jest jak dwa równoważne ciężarki. i ktoś mi je przyczepił z dwóch stron. i one ciągną w dół. a ta szczelina jest coraz większa. i zapadam, rozpadam...
miałem sen. a właściwie nie wiem czy to był sen. ja tam czułem. byłem złożony z emocji i uczuć. zmysły miałem wyostrzone. ale najpiękniejsze było to co tkwiło we mnie. była to miłość. pierwszy raz odwzajemniona. i nagle ten 'sen' zmienił się w koszmar. bo ja utraciłem to miłość, w wyjątkowo perfidny sposób. gdy się obudziłem potrafiłem przywołać najmniejszy szczegół, każdy wyraz twojej twarzy, a to co czułem to prawdziwy, dojmujący ból. i to było tak prawdziwe. poczułem się po raz pierwszy od ostatniego czasu tak żywy. mogłem siedzieć, krzyczeć i płakać, a wszystko to miałoby swój sens pozamaterialny, ten niedościgniony, do którego zawsze dążymy. to było takie prawdziwe..
każdy marzy o tej pieprzonej miłości. a ja uważam, że większość marzy tylko o ich własnym wyobrażeniu o niej. a właściwie o zbiorze, na który składają się: przyzwyczajenie, bycie miłym, uczynnym, dobrym, odrobina agresji, masochizmu. dla mnie prawdziwa miłość to spojrzenia. kiedy on na nią, ona na niego. on na niego. ona na nią. to dotyk, który jest wyważony, ale tak niecierpliwy, tak zachłanny, jakby był to ostatni dotyk NASZ. to cierpienie, które jest nieodmiennie wpisane w miłość. kied nie potrafimy się zsynchronizować, kiedy działamy według różnych schematów. to jest też krzyk i ta pasja w nim zawarta. i gniew. i złość. a wszystko to razem jest unikatowe, nieodwracalne, piękne i jednorazowe...
środa, 6 października 2010
J A
zostajesz ściągnięty na ziemię. szarą, zwietrzałą, nie-organiczną ziemię. twoje dni powoli stają się zlepkiem, taśmą, w której nie potrafisz już odróżnić jaźni od rzeczywistości, jednej nocy od drugiej. zaczyna płonąć niezdrowy ogień. ogarnia cię, ale nie wiesz tak na prawdę co go podsyca.
to jakieś emocje? i co właściwie one znaczą?
czuję się niezwykle. niepokojąco dziwnie. stagmatyzm mój rozprzestrzeniający się po kościach jak życiodajna krew.
jestem schematem. jestem zaprogramowany. ktoś określił co mam robić. ktoś powiedział, że mam nie myśleć i nie czuć. ale co to? nagle w systemie błąd i zwarcie. są przebłyski czegoś niedobrego, niepożądanego. czemu ja nie wiem co to? tak jakby moją duszę zamieszkiwał uśpiony potwór, który od czasu do czasu się przebudza. wtedy następuje jakaś dziwna szarość przed oczami. JA, przykryty ostrych płachtą szkieł, kulę się.
a gdy żałuję wielu sytuacji, syczę i serca pompę wstrzymuję.
nienawidzę tego braku wiary. w ludzi. straciłem go, dobrze wiesz kiedy. jak mam mieć jakąkolwiek ochotę starania się, wkładania jakiejś pracy, w to, żeby poznać? po co? ja już wiem, jak TO się skończy. nie, nie, nie teraz.
mija czas
czas który goni nas
raz po raz
depcze po piętach,
a kosa szydzi nad ciepłą
ciała skórą,
zwietrzałe serce po
wiosennym przebudzeniu
ostatnim zachłannym zrywem
k o n a .
to jakieś emocje? i co właściwie one znaczą?
czuję się niezwykle. niepokojąco dziwnie. stagmatyzm mój rozprzestrzeniający się po kościach jak życiodajna krew.
jestem schematem. jestem zaprogramowany. ktoś określił co mam robić. ktoś powiedział, że mam nie myśleć i nie czuć. ale co to? nagle w systemie błąd i zwarcie. są przebłyski czegoś niedobrego, niepożądanego. czemu ja nie wiem co to? tak jakby moją duszę zamieszkiwał uśpiony potwór, który od czasu do czasu się przebudza. wtedy następuje jakaś dziwna szarość przed oczami. JA, przykryty ostrych płachtą szkieł, kulę się.
a gdy żałuję wielu sytuacji, syczę i serca pompę wstrzymuję.
nienawidzę tego braku wiary. w ludzi. straciłem go, dobrze wiesz kiedy. jak mam mieć jakąkolwiek ochotę starania się, wkładania jakiejś pracy, w to, żeby poznać? po co? ja już wiem, jak TO się skończy. nie, nie, nie teraz.
mija czas
czas który goni nas
raz po raz
depcze po piętach,
a kosa szydzi nad ciepłą
ciała skórą,
zwietrzałe serce po
wiosennym przebudzeniu
ostatnim zachłannym zrywem
k o n a .
niedziela, 29 sierpnia 2010
PAJĘCZE NICI, TAJEMNE ELIKSIRY I BEZDENNE MACHINY
i przyszedł wreszcie sierpień trzynastego. zostawiłem za sobą ostatni miesiąc, wyjechałem z czystą, białą kartą, gotowy na Przygodę. nadzieje? tak, znów pieprzone nadzieje. że wszystko będzie idealnie. ale wiesz jak to jest, gdy oczekujesz zbyt wiele? po wszystkim przychodzi rozczarowanie.
ale było wiele pięknych słońc, i woda lazurowa też była. palący wzrok, kiedy starałem się dojrzeć w duszy to COŚ. bez słów? owszem. czasem ich nie potrzebujemy.
wróciłem z pełnymi bateriami. byłem naładowany widokami, temperaturą, ludźmi. postanowieniami, życzeniami i zmianami. obawami, marzeniami, ale jakoś z Duszą byłem w zgodzie i to napawało mój Rozum pieprzonym optymizmem. ale taki właśnie jest świat, a może takim się stał przez TYCH ludzi, bo na dzień dobry zostałem r o z ł a d o w a n y ! rozumiem, że osoba, która mnie nie zna, widząc tylko moje zdjęcie na jakimś pierdolonym portalu, czytając co pisze, może mieć o mnie najgorsze zdanie. rozumiem, naprawdę. i kompletnie mnie nie obchodzi jej zdanie, bo jak zdążyłem nadmienić, jest to osoba mi nie-bliska, obojętna i kompletnie zbędna, więc jej zdanie jest dla mnie niczym kolejna szara, bezkształtna, bezzapachowa, bezdźwięczna i rozumu też bez - postać, którą mijam w Pociągu Życia.
gorzej jeśli nagle takie zdanie zaczyna mieć osoba, która była mi bliska. czas przeszły jest na miejscu.
nie potrafię już z tobą przebywać nawet w jednym pomieszczeniu. w środku, w moim ciele, uwarzyłeś eliksir, którego składu określić nie potrafię. wiem jedno, ten eliksir jest jak trucizna. jej tajemny skład znasz tylko ty, a ja teraz muszę znaleźć antidotum. kto wie, może ten eliksir jest śmiertelny? tylko kogo zabije, mnie czy ciebie?
wiesz co wyczuwam wokół siebie? pajęczą nić. wiem co zaraz się stanie. otacza mnie sieć, zlepek, kłębek, stek bzdur, jakiś chorych, wygórowanych ambicji, celów, osiągnięć.. znów nie umiem sobie z tym poradzić. wpędzam się w jakąś machinę, która karze mi brnąć przez to bagno do przodu, do przodu, do przodu - bo tak trzeba! jak to, ja nie osiągnę?! jeśli nie ja, to kto! to mnie wykańcza.. jakaś dziura, bezdenna otchłań.
m i e s z a m
ale było wiele pięknych słońc, i woda lazurowa też była. palący wzrok, kiedy starałem się dojrzeć w duszy to COŚ. bez słów? owszem. czasem ich nie potrzebujemy.
wróciłem z pełnymi bateriami. byłem naładowany widokami, temperaturą, ludźmi. postanowieniami, życzeniami i zmianami. obawami, marzeniami, ale jakoś z Duszą byłem w zgodzie i to napawało mój Rozum pieprzonym optymizmem. ale taki właśnie jest świat, a może takim się stał przez TYCH ludzi, bo na dzień dobry zostałem r o z ł a d o w a n y ! rozumiem, że osoba, która mnie nie zna, widząc tylko moje zdjęcie na jakimś pierdolonym portalu, czytając co pisze, może mieć o mnie najgorsze zdanie. rozumiem, naprawdę. i kompletnie mnie nie obchodzi jej zdanie, bo jak zdążyłem nadmienić, jest to osoba mi nie-bliska, obojętna i kompletnie zbędna, więc jej zdanie jest dla mnie niczym kolejna szara, bezkształtna, bezzapachowa, bezdźwięczna i rozumu też bez - postać, którą mijam w Pociągu Życia.
gorzej jeśli nagle takie zdanie zaczyna mieć osoba, która była mi bliska. czas przeszły jest na miejscu.
nie potrafię już z tobą przebywać nawet w jednym pomieszczeniu. w środku, w moim ciele, uwarzyłeś eliksir, którego składu określić nie potrafię. wiem jedno, ten eliksir jest jak trucizna. jej tajemny skład znasz tylko ty, a ja teraz muszę znaleźć antidotum. kto wie, może ten eliksir jest śmiertelny? tylko kogo zabije, mnie czy ciebie?
wiesz co wyczuwam wokół siebie? pajęczą nić. wiem co zaraz się stanie. otacza mnie sieć, zlepek, kłębek, stek bzdur, jakiś chorych, wygórowanych ambicji, celów, osiągnięć.. znów nie umiem sobie z tym poradzić. wpędzam się w jakąś machinę, która karze mi brnąć przez to bagno do przodu, do przodu, do przodu - bo tak trzeba! jak to, ja nie osiągnę?! jeśli nie ja, to kto! to mnie wykańcza.. jakaś dziura, bezdenna otchłań.
m i e s z a m
Subskrybuj:
Posty (Atom)