to jedyne, co teraz czuje. niemoc, bo czuje, jak wszystko sie rozwala. niemoc, bo patrze na te twarz i wiem, ze byc moze już nigdy nie bedzie dane mi jej dotknac.
kiedy tracisz cos na czym ci tak bardzo zalezalo i w dodatku czujesz sie zraniony, to bol jest prawie namacalny. moge dotknac miejsca, poczujc jak pulsuje.
najgorsze sa mysli. od wschodu do zachodu bijesz sie z myslami co zrobiles zle, czego nie zrobiles, co spieprzyles, co mogles zrobic lepiej.
ale wiesz co? dochodze do wniosku ze to bylo gowno od poczatku. to byla porazka, odkad go zobaczylem. ta jedna roznica, ktorej w zyciu bym nie przeskoczyl, to COS co w nim siedzi, hustawki, roller coster maximow i minimow emocji.. to by mnie zniszczylo po czasie.
i znow to jedno pytanie, dlaczego?!
czuje sie oszukany, wykorzystany. czuje jakbym jeden miesiac poswiecil na wspinaczke pod bardzo, baaardzo wysoka gore, i gdy prawie dotknalem szczytu, jakis jeden, drobny kamyczek, ktory osunal sie spod moich stop, spowodowal lawine. rozpierdolil mi serce. jeden, kurwa, maly kamyczek.
wiem, ze potrzebujesz widowni. zycie to show, spektakl, przedstawienie. i musi trwac. do konca. wyrezyserowane, pojscie na zywiol - liczy sie widownia.
dramatyzuje? owszem. przesadzam? bardzo. martwie sie? cholernie. ale badz ze mna szczery, prosze.
Przeczytałem od początku, po kolei wszystkie posty. Nasunęły mi na myśl wiele rozmyślań, przede wszystkim jedną wątpliwość - czy wolno tutaj komentować? czy nie jest to przypadkiem Twoje sacrum, gdzie porządkujesz to z czego się składasz, gdzie tylko Ty masz prawo głosu.
OdpowiedzUsuńKomentuje, bo już dawno nie czytałem takich tekstów. Wplatanie między słowa swoich uczuć i pozostanie wiarygodnym, zrozumiałym to rzadka i trudna sztuka. Cenna.
I też chciałbym odnieść się to tego póki co ostatniego postu, choć już najważniejsze odkryłeś... Obwiniamy siebie, bo bardzo chcemy aby było lepiej, aby za wszelką cenę(czasem nawet naszym kosztem). W tym samym momencie zapominamy o najważniejszym fakcie. Gdybyśmy postąpili w danym momencie/momentach inaczej i gdyby ostatecznie wyszłoby to na dobre/lepsze to i tak byśmy w tym momencie przegrali, bo w danej sytuacji nie bylibyśmy sobą - udawalibyśmy, gralibyśmy kogoś kim zupełnie nie jesteśmy. Czy wiedząc, że dana osoba kocha nas za to kim nie jesteśmy odczuwałbyś satysfakcję "że zrobiłeś wszystko, aby tą osobę przy sobie zatrzymać"? Dla mnie "zatrzymać przy sobie" można zabawkę, a nie człowieka.
Czasem po prostu wszystko dąży w jednym kierunku i wydaje się, że każdy element naszego świata robi wszystko, aby ten bieg wydarzeń uzyskać... Najgorzej gdy właśnie wbrew naszej woli, naszym marzeniom pragnieniom...
A z doświadczenia, obserwacji zauważyłem, że jeśli "huśtawki nastrojów" nie są wywołane chorobą, to ich źródłem jest najczystszy egoizm, egocentryzm. Wiem, nie znam człowieka i mam nadzieję, że może jest wyjątkiem i może wszystko się wyprostuje. Ale nie zapominaj jak bardzo egoiści potrafią być okrutni. Więc pomimo uczucia radziłbym, prosiłbym abyś nie dolewał sobie dodatkowej porcji goryczy. Tak jak istnieje limit szczęścia, tak też istnieje limit goryczy, ale tego drugiego odradzam przekraczać.
Wiem, że nie piszesz na zawołanie, ale i tak czekam z niecierpliwością na kolejne posty.
Powodzenia i pozdrowienia.
wolno komentowac, komentarze daja mi poczucie, ze nie jestem sam, a to dzis bardzo wazne. dziekuje.
OdpowiedzUsuńprzeczytalem twoje rozmyslania.
czasem sie zastanawiam czy nasz los jest z gory zapisany? i czy jesli jest, to czy mozna go zmienic? wierze, ze mozna. dlatego czasem tak mnie boli to co sie kiedys wydarzylo, bo wiem, ze jesli w tamtej chwili postapilbym inaczej, moze dzis znalazlbym sie w innym - lepszym (?) miejscu.
w TYM przypadku hustawki sa wywolane choroba. ale to JUZ nie jest moja sprawa.
zachecam do dalszej lektury, bedzie mi bardzo milo wiedziec, ze mam 'stalych' czytelnikow - co byc moze zmobilizuje mnie do regularnego pisywania.
pozdrawiam serdecznie.
Kiedyś ze Znajomą doszliśmy do wniosku, że życie najbardziej podobne jest do rzeki... Jeśli chce się pozostać takim jakim się jest opadnie się na dno, stanie się kamieniem, oblepi cie muł i wiele cie ominie. Zaś jeśli będziesz chciał zadziałać, zrobić coś to możesz próbować mieszać w toni, ale tylko część wody można zamieszać... Można też się ochlapać, bądź po rzeki po prostu wpaść i zostać przez nią porwanym...
OdpowiedzUsuńDobrze jest mieć nadzieję, że można było coś w przeszłości zrobić lepiej... Byle tylko ta nadzieja, nie była kosztem nadziei teraźniejszej i przyszłej.
Mhm.
Heh, nie obiecuje, że będę komentował, ale czytać będę z przyjemnością :)
Pozdr.
mysle ze to dosyc trafne porownanie.
OdpowiedzUsuńja juz chyba wogole mam nadziei dosyc, jakichkolwiek. zycie wypelnione nadziejami jest bardzo meczace
dzieki,
pozdrawiam
Heh, ale czy właśnie takie życie nie jest najpiękniejsze? Zawsze jest na co czekać, po co zasypiać i budzić się, a w międzyczasie także jest o czym śnić. Nie ma zmarnowanych chwil, zawsze patrzy się ponad powierzchnią wody na to co dopiero będzie i nie myśli się o kotlinach, dolinach, meandrach po drodze.
OdpowiedzUsuńOwszem prędzej, czy później ocieramy się o dno/brzeg bardziej lub mniej dotkliwiej, tak to bywa kiedy rzeczywistość wymija się z tym wobec czego życzymy nadzieje...
Znam to doskonale z własnego życia, ale nie postrzegając rzeczy jakie zaznajemy jako jednolite kule, ale jako coś co miało początek, rozwinięcie i zakończenie zawsze powinniśmy móc odnaleźć choćby okruchy tego o czym marzyliśmy, co sprawi, że odczujemy, że nasze nadzieje nie były płonne...
A kiedy sobie uzmysłowimy jak wiele trudności mogło wystąpić, to nawet cienie tych okruchów mogą przynieść niewypowiedzianą ulgę i radość... Że coś zrobiliśmy, że próbowaliśmy, że udało się nam się w tej wielkiej rzece być chociaż przez chwile w odpowiednim czasie i miejscu.
Zmęczeni ludzie nie mogą powiedzieć, że nic nie (z)robili, prawda? (: