każdy z nas toczy jakąś wojnę. moja wojna to zmagania się codzienności z marzeniami. szarości dnia codziennego ze światem marzeń, który powstaje gdy wieczorem zamykam oczy, a muzyka otula mnie niczym kołdra. nie potrafię pogodzić się z pewnymi rzeczami na tym świecie. jednak najgorszą walkę prowadzę z ludźmi, którzy mnie otaczają. ci wszyscy, którzy są tak płytcy, że wystarcza im maska, którą noszę na co dzień. ci, którzy nie chcą lub boją się zajrzeć głębiej. jesteście płytcy, rzygam wami. ale przeraża mnie to, jak traktujecie pewne rzeczy, innych ludzi. nie chodzi nawet o mnie - nie jestem jak każdy, przyzwyczaiłem się do tego. ale wasze podejście do świata, odraża mnie to! te spojrzenie z pogardą, kiedy mówicie nimi: ja jestem lepszy, mam 3 paski, łysy, pusty łeb i jestem od ciebie silniejszy! Kiedy nachylacie się do swoich kolegów, żeby skomentować, jak ktoś wygląda, to że siedzi pod ścianą, 'zaszczuty' przez was - tak! bo wy jesteście jak dzikie zwierzęta, które ktoś właśnie wypuścił z klatek! nie znacie umiaru, jesteście sparaliżowani ogromem świata, dlatego ukrywacie się w swojej pseudo pewności i zamykacie w obłudzie. ale świat wciąż prze do przodu, nie widzicie tego, lecz wy już dawno od niego odstaliście. nie jesteście w stanie go dogonić. i ci, którzy teraz siedzą pod ścianą, być może niedługo sami pomogą pchać ten żałosny świat, a wtedy wy nie będzie mogli zrobić już nic. żal mi was. cholernie mi was żal.
nie wiem czy są jeszcze ludzie prawdziwi. dawno straciłem w nich wiarę. teraz już tylko biernie stoję pod ścianą i czekam, czekam, czekam...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz